Zakupy u Chińczyka, czyli emigranckie interesy

Polecam Malta India i polecam sklepy hinduskie (w określonych sytuacjach). To tzw. ostatnia deska ratunku, gdy wracasz o godz. 22. do domu, a tam czeka pusta lodówka, a wszystkie spożywcze i supermarkety już zamknięte. Albo gdy w niedzielny poranek okazuje się, że nie ma nic na śniadanie. Wtedy sklep hinduski jest prawdziwym zbawieniem (bo supermarkety w niedzielę są zamknięte). Hindusi, Pakistańczycy, Marokańczycy, latynosi mają małe markety spożywcze, w których czasem można dostać też środki czystości. Ich sklepy są otwarte codziennie, najczęściej od godz. ok. 11 do godz. 22-23. Kiedy Katalończycy świętują, oni pracują. Hindusi i Pakistańczycy mają też zakłady fryzjerskie. Za strzyżenie u Hindusa zapłacicie ok. 5 euro, a u Hiszpana najmniej 10, nie wspominając o renomowanych salonach.

Odmienną kategorię stanowią sklepy chińskie. Można je znaleźć niemal na każdej ulicy w wielu katalońskich miastach, choć raczej nie w ścisłym centrum Barcelony (Pl. Catalunya). U Chińczyka kupicie wszystko. Najwięcej chińskich sklepów oferuje szeroką gamę sprzętu AGD, czyli wszystko dla domu plus artykuły papiernicze, chemiczne, kosmetyczne. I co warto podkreślić, wiele towarów jest dobrej jakości, w cenie o wiele niższej niż w katalońskich sklepach, dlatego kupuje tu wielu miejscowych. Sklep chiński to labirynt. Jeśli nie chcesz krążyć pół godziny szukając spinacza, lepiej zapytaj od razu, gdzie go znajdziesz. Chińczycy uczą się hiszpańskiego, więc z dogadaniem się zwykle nie ma problemów, chyba że będziesz szukać dynamometrycznego kluczyka do zaworków;) W sklepach chińskich często pracują całe rodziny. Kiedyś z poważną miną kasowała nas dziewczynka wyglądająca na 5-latkę. Nie wszystko w sklepach chińskich jest made in China, wiele produktów jest made in España. Żeby zobrazować bogatą ofertę tychże marketów kilka przykładów z naszego gospodarstwa domowego (jeszcze nic się nie rozleciało), prosto od Chińczyka: kotara w kabinie prysznicowej, klamerki, kosz na śmieci, uchwyty na ścianę, prasowalnica, suszarka do prania, żarówki nawet! Po żarówkę poszliśmy zdesperowani do Chińczyka, gdy ta droga kupiona w katalońskim, specjalistycznym sklepie świeciła tak, że pożal się Boże. Kupiliśmy u Chińczyka – tania i o wiele lepsza! Oczywiście w sklepach chińskich są też rzeczy „szajskie”. Szukaliśmy na przykład białej tablicy do pisania. I nic!  Były tylko czarne i do tego beznadziejne. Kupiliśmy więc tablicę w porządnej księgarni z artykułami papierniczymi. Jak pamiętacie, szukaliśmy u Chińczyka też kalendarzy, z marnym skutkiem, bo przecież od początku wymarzyliśmy sobie Moleskina:] Niektóre sklepy chińskie wyspecjalizowały się w sprzedaży odzieży w stylu…hmmm….specyficznym i rozpoznawalnym. Sukienka to jednak nie wieszak na ręcznik, oczekuje się od niej czegoś więcej:) W owych chińskich sklepach z odzieżą można też zwykle zostawić coś do przeszycia, skrócenia, czyli drobne usługi krawieckie za niewielką cenę.

W Barcelonie i aglomeracji jeszcze więcej niż chińskich sklepów jest kawiarenek internetowych, nazywanych tutaj locutorio. To strefa biznesu pakistańskiego. W mniej lub bardziej estetycznie wyglądającym locutorio jest kilkanaście stanowisk komputerowych (z mniej lub bardziej brudną klawiaturą) i tyle samo kabin telefonicznych. Z Hospitalet de Llobregat dzwoni się za grosze. Minuta rozmowy z krajem Unii Europejskiej kosztuje 0,10-0,15 eurocentów (telefon stacjonarny, czyli fijo) i ok. 0,30 eurocentów na komórkę (móvil). Do krajów Ameryki Południowej dzwoni się za 0,08-0,09 eurocentów! Najdroższa jest Kuba – minuta rozmowy kosztuje ok. 0,70 eurocentów. W kawiarenkach w Barcelonie liczniki zwykle naliczają więcej.

Pakistańczycy sprzedają też w sklepach z pamiątkami. np. na Rambli i w dzielnicy gotyckiej. W te wakacje, dzięki polskim wycieczkom, udało mi się dość dobrze zbadać rynek pamiątek (niedługo napiszę, gdzie moim zdaniem warto wyruszyć na łowy i co warto kupić:). Jakież było moje zdziwienie, gdy właśnie na Rambli  śniadzi sprzedawcy, widząc, jak oglądamy kubki, torebki i inne badziewia, łamaną polszczyzną oferowali, że jak dla nas, to po 5 euro, a nie po 8! Taka sytuacja powtórzyła się w kilku sklepach. W pierwszym chłopak naprawdę zdobył nasze serce i o mało co nie zdobył też portfeli;) Ale z kolejnymi negocjacje już były twardsze;)

Na koniec tego ekonomiczno-poradnikowego posta kilka liczb i kilka słów o emigrantach. W tym roku w Katalonii po raz pierwszy od 1998 roku spadła liczba zameldowanych cudzoziemców (o 1,39 proc.). Na koniec stycznia było tu dokładnie 1.234.068  emigrantów. To 16,4 proc. wszystkich mieszkańców Katalonii (ponad 7 mln 300 tys.). Wyjechało z Katalonii w sumie kilka tysięcy Ekwadorczyków, Boliwijczyków, Peruwiańczyków, Pakistańczyków i Chińczyków. Ale ciągle napływają Rumunii i Marokańczycy, choć nie w tak szybkich tempie jak kiedyś. Przybysze z Rumunii i Maroka stanowią w ogóle najliczniejszą grupę emigrantów w Hiszpanii. Tych pierwszych jest tu prawie 800 tys., a tych drugich ponad 750 tys. Na trzecim miejscu znajdują się emigranci z Ekwadoru („tylko” 380 tys.)

Najwięcej emigrantów w Katalonii mieszka oczywiście w Barcelonie – prawie 300 tys., w Hospitalet de Llobregat ponad 50 tys. 20- 25 tys. notują Santa Coloma de Gramenet, Sabadell, Terrassa, Badalona. Prawie 50 proc. emigrantów w Barcelonie pochodzi z krajów hiszpańskojęzycznych Ameryki Południowej i Środkowej, ok. 25 proc. z krajów unijnych, ok. 15 proc. z Azji, a najmniej z Afryki. Największą grupę cudzoziemców tworzą w Barcelonie Ekwadorczycy, a za nimi Włosi, Boliwijczycy i Pakistańczycy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *