Komary, karaluchy i spółka

W tym roku komary pojawiły się o wiele wcześniej niż w zeszłym, ale też wiosna przyszła o wiele wcześniej, a zima była lekka (przyznajmniej w Katalonii). Ataki zaczęły się już na początku kwietnia. Ile nocy bezsennych…!! Ile stresu, ile złożeczeń…! Pozostaje mi codzienne pryskanie się środkiem odstraszającym, którego nie cierpię, bo w chwili aplikacji powoduje drapanie w gardle i kaszel, w dodatku nie zawsze jest skuteczny. Ale i tak mogę w tym roku odetchnąć z ulgą. Ból i swąd po ugryzieniu komara tygrysiego był tak silny, że nie mogłam spać. Teraz o ukąszeniach informują mnie tylko czerwone bąble nad ranem, które – ciekawe – w ogóle nie swędzą. Co denerwuje najbardziej, to przeciągłe bzzzzzzzzzz nad uchem…Jak sytuacja się rozwinie, czy zaatakują w tym roku komary tygrysie, czy może inne – lwie albo rekinie – trudno w tej chwili powiedzieć :D. Jeszcze żadnego alarmu w Hiszpanii nie było.

Co jest tutaj dla mnie prawdziwym błogosławieństwem, dobrodziejstwem, darem losu to brak os!! W Polsce wpadające latem do mieszkania co minutę, atakujące na ulicach, obijające się o szyby w autobusie, były dla mnie koszmarem!! Panicznie boję się os. Uciekając przed osą jestem w stanie powywracać meble i stratować wszystko, co na mojej drodze 😀 Tutaj mam spokój, błogi letni spokój…Pamiętam, jak byłam zaskoczona, gdy w zeszłym roku, chyba w październiku, do kuchni wleciała zabłąkana osa! Jedna jedyna, którą tutaj widziałam. Oczywiście zginęła. Miałam do wyboru wziąć się na odwagę, przyczaić i zabić albo uciec z kuchni, zamknąć szczelnie drzwi, zostawić w proszku obiad i poczekać na posiłki. To drugie rozwiązanie zawsze pociąga za sobę pewne ryzyko, bo po paru minutach albo godzinach może wydawać się, że osa zniknęła, wyfrunęła, a tymczasem ona zaatakuje z zaskoczenia i z ukrycia!! Jeśli się śmiejecie, to bardzo dobrze 😀 Ale ja naprawdę tak myślę. Strach przed małą osą ma wielkie oczy.

Co innego pszczoły – proszę bardzo! Mogą sobie pracować w ogrodach, na miejskich skwerach 😆

Co do innych stworzeń, w łazienkach widuje się pająki. Nie małe pajączki, tylko pająki olbrzymy. Jednego kiedyś w napadzie paniki zapiankowałam 😆 Niedawno jeden siedział pod rolką papieru toaletowego. Wyobrażacie to sobie… Nie będę wchodzić w szczegóły tej historii 🙄 Ostecznie puściłam go wolno, bo Edu stwierdził, że pająki zjadają komary.

Najgorsze jednak, co może się przytrafić, to karaluchy. Walczyliśmy z nimi (w innym niż obecne mieszkanie) całą wiosnę zeszłego roku i połowę lata. Nigdy wcześniej nie widziałam karalucha. Kojarzyły mi się one tylko ze słynną rewolucyjną, meksykańską piosenką La Cucaracha. Teraz już wiem, że to najohydniejszy z owadów. Gdy karaluchy sprowadziły się do naszego mieszkania, zaczęłam szukać w internecie infomacji, co to jest, skąd się to wzięło, jak z tym walczyć. Okazało się, że  hasło „karaluchy w Hiszpanii” doczekało się już wielu opracowań 😆 Wniosek był jeden: nie powinnam być zaskoczona ich obecnością. I cóż z tego, że mamy w mieszkaniu czysto, gdy szczelina – na przykład w przewodzie odprowadzającym rurę piecyka gazowego w kuchni – jest tak duża, że swobodnie przywędruje do nas przez nią kot sąsiada, a co dopiero mały karaluch.  Mały! Podobno w niektórych częściach Hiszpanii zadomowiły się karaluchy giganty. Nie wiem, jaką wielkość osiągają, może ktoś z Was miał z nimi do czynienia. Za karaluszą stolicę kraju uznawana jest Walencja. Mam przed oczami materiał telewizyjny: ludzie wymiatają z szafek olbrzymie okazy, a one się mnożą i mnożą, i nie ma na nich mocnych. W Barcelonie na szczęście nie ma takiej plagi i człowiek nie potyka się o robactwo na ulicy.

W końcu udało nam się powstrzymać atak karaluchów. Kupiliśmy polecaną nam trutkę (nie pamiętam już nazwy) w postaci kleju. Kilka kropel w newralgicznych miejscach w kuchni i po kilku dniach rano pojawiły się pierwsze trupy. Pamiętam, jak wieczorem gasilliśmy światło w kuchni, a potem znienacka wpadaliśmy, a tu karaluch spaceruje po piecu! Wychodzą w ciemności, a jak szybko biegają!! Brrrrr, na samo wspomnienie tej historii robi mi się niedobrze.

Na razie (odpukać) mamy spokój. Ale tu, gdzie teraz mieszkamy, zeszłego lata po podłodze wędrowały zastępy czerwonych mrówek….Coś za coś, nie ma os, to są mrówki.

 

 

 

10 odpowiedzi do “Komary, karaluchy i spółka”

  1. Ależ służę, na południu karaluchy są długości długopisu. Nie przesadzam 🙂 Oczywiście, odpowiednio grubsze. Dodam jeszcze, że one latają! I to jest wręcz niewyobrażalne w jak maleńkie szczeliny potrafią wleźć uciekając… W Cartagenie skończyło się na oklejeniu całej kuchni, zwłaszcza wywiewu, taśmą izolacyjną, bo nie działały żadne trutki. W Kastylii szczęśliwie chyba ich nie ma (odpukuję po tysiąckroć, bo w Cartagenie przed ucieczką z mieszkania do hotelu powstrzymała mnie tylk oświadomość, że w kotelu też będą). Ten większy gatunek ponoć przywędrował z Ameryki Południowej.
    A w temacie – macie wijki łazienkowe? 🙂 Tu są dużo większe niż w Polsce, prawda? 😀

    1. aaa, jasne! wijki łazienkowe! nie wiedziałam, że to się wijka nazywa:D mieliśmy je też w kuchni. w łazience dodatkowo była bardzo praktyczna, biała podłoga – koszmar!!ale z karaluchami mnie zaskoczyłaś!długopis??? i w dodatku latające???? jak sobie ludzie z tym radzą? przyzwyczajenie? nie wyobrażam sobie takiego życia

      1. Szczerze mówiąc nie wiem, jak to się nazywa, ale wijek/wijka mi pasuje i koleżanki rozumieją, jak opisuję 😀
        Nooo, ja się do karaluchów nie przyzwyczaiłam 🙂 Nie wchodziłam w nocy do kuchni i bardzo odetchnęłam jak minęło lato. Ale znajomi Hiszpanie tylko wzruszali ramionami: „tak, tak, są brzydkie, ale zupełnie niegroźne. I są wszędzie. Nawet z drzewa na głowę mogą ci spaść” (brrrrrr, to dziewczyny mnie tak „uspokajały”!!). Nie mam pewności, ale te małe chyba też latają…

        1. wijka pasuje świetnie! widzisz, od razu wiedziałam, o co chodzi! właśnie czytam, że faktycznie wszystkie mają skrzydła, ale używają ich nie do lotu, lecz do szybowania przy spadaniu, brrrrrrrrrrrr…dlatego nigdy nie widziałam latającego karalucha. poza tym nie są takie niegroźne, jak mówią Hiszpanie, są nosicielami zarazków gruźlicy, tyfusu i innych, brrrrrrrrrrr, ciekawe porady na tej stronie znalazłam: http://www.porady.co.pl/karaluchy_prusaki_zwalczanie.html
          pisze tu m.in. o tym, że można przygotować na nie zasadzkę z ..piwa:D

  2. No proszę, parę dni temu wrzuciłam na FB fotkę jaszczurki co to u mnie po kuchni biega…koleżanka tego samego dnia opowiada mi o szczurach wychodzących z ubikacji, a teraz jeszcze doczytałam o wijkach i latających karaluchach. Pyszna ta Hiszpania:)

    Te wijki (świetna nazwa) są trochę denerwujące, ale mam chyba szczęście bo w domu za to na żadną cucarachę nie natrafiłam.Czasem koło sklepów i barów się pałętają, brrrrrr!

    Co do komarów, tygrysie to one w Sewilli nie są, ale latają i gryzą jak na Mazurach i nie mogę wyjść z podziwu że im się tak chce…w takie upały (tzn.lenie gorące noce).

    Kończąc już ten przydługawy komentarz, pozdrawiam Albacete i Barcelonę:)

    1. Ania, taką jaszczurkę tutaj tylko na piaszczystej drodze spotkałam, tak myślę, że może już w kuchni lepsza jedna jaszczurka niż sto karaluchów, hmmm 😉 a jak się ostatecznie skończyła jej historia? zadomowiła się? 😉

  3. Jaszczurka pojawia się i znika:) Nie mam jak jej przegonić, bo za szybka jest! Nie będę jej jednak na piwo łapać, a niech sobie pobuszuje w polskiej kuchni:)

  4. Brrrr KARALUCHY!!!!
    Jako mieszkanka stolicy karaluszej, Walencji, przyznaję, że mamy tutaj okazy niesamowicie obrzydliwie ogrome. Nie mówiąc już o tym, że zmutowały i teraz także LATAJĄ!

    A propos jaszczurek, ponoć lepiej je zostawić w spokoju, albo w pokoju czy kuchni, bo pożerają insekty!

    pozdrawiam!

  5. Da się. Po prostu nie mieszkać w typowych dzielnicach pełnych karaluchów. Nigdy nie miałam w mieszkaniu tych paskudztw, więc tak naprawdę żadnej wojny osobiście im nie wypowiedziałam… ale często są po prostu na ulicach a domu nie włażą. Niech tak pozostanie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *