Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty. Hiszpania nieznana.

DSC_0616A może któregoś lata zamiast do Barcelony wybrać się do Chincilla de Monte – Aragón? Gdzie?! Do Szynszyli. Miasteczko położone 15 kilometrów od Albacete, 4 tysiące mieszkańców. Po podróży przez spaloną, bezkresną pustkę, czyli hiszpańską Mesetę, zawitamy w końcu do jakiejś mieściny, w której nikt nie będzie na nas czekał z sangrią i tapas. Zastaniemy zapewne ciasny labirynt uliczek, zamknięte drzwi, grupę staruszków przyglądających się nam z zaciekawieniem, może jakaś kobiecina wychyli głowę przez małe okienko burej kamienicy. Hiszpania usłana jest starymi i maleńkimi miasteczkami, które, jak się wydaje, nie poruszają się i nie idą z postępem.  A może którejś Wielkanocy pojechać do San Vicente de la Sonsierra? Koniecznie w Wielki Piątek, żeby zobaczyć, jak czerwienieją i puchną plecy bezimiennych pokutników, okładających się grubymi, bawełnianymi sznurami.  A po procesji, tak jak wszyscy, iść do baru na wino i kiełbasę, jeśli obraz biczowników nie odbierze nam apetytu i nie przerażą nas nieprzyjazne, nieufne i pogardliwe spojrzenia tubylców. W tym samym dniu w Calandzie, odbywa się „złamanie godziny”, czyli bębnienie, całonocne bębnienie, bez przerwy, do zdarcia kości, do omdlenia rąk, do ogłuchnięcia.  Nie było nic innego. Był tylko łoskot, od którego trzęsła się ziemia, tłukło się serce, tętniła krew i drgały ludzki tłuszcz oraz nogawki spodni. Chciałabym to poczuć. Właściwie już to poczułam. Czytałam książkę Katarzyny Kobylarczyk i podążałam wraz z autorką śladami hiszpańskich fiest, niepoliczonych, absurdalnych, szalonych, odurzających, nie do końca wyjaśnionych, i gubiłam się w zapomnianych wsiach i miasteczkach Katalonii, Kastylii, Andaluzji, Ekstremadury. Byłam w Cuacos de Yuste, na ekstremadurskim zadupiu, gdzie cesarz Karol V Habsburg osiadł w nędznym klasztorze (kto by pomyślał!) i oddał się podagrze, modłom i łowieniu ryb. Błąkałam się po Las Hurdes, wiosce otoczonej czarną legendą, bo kiedyś w domach z czarnych łupków żyli tu ludzie, Hiszpanie, ale długo myślano, że to tajemnicze plemię. Wszyscy byli biedni, głodni i chorzy, umierali na malarie, gruźlice i tyfusy. Co dziś dzieje się w Las Hurdes? Poznałam starą tancerkę flamenco w jednym z barów przy autostradzie między Kartageną a Mazarrón. Słyszałam, jak biła obcasami w tanią scenę z pasją, o której nie wiedziała, że jest możliwa, aż do potu na twarzy i dziury w rajstopach, aż świat wokół zniknie, utonie w huku jest obcasów, aż zetrze go na miazgę, na pył, zmiecie spódnicą, zniszczy i pokona. Z chęcią jeszcze raz „pojadę” do Pampeluny, miasta, które już pierwszego dnia najsłynniejszej na świecie hiszpańskiej fiesty zaczyna… cuchnąć. A jest to smród moczu i zjełczałego alkoholu, głównie wina. Z chęcią jeszcze raz rozsmakuję się w słowie. I posłucham, jak to młody Joe ze strachu zlał się w spodnie, kiedy z bramy areny wyłonił się pierwszy byk. I znowu zamyślę się głęboko (nad sensem tego zbiorowego szaleństwa), gdy w ostatniej opowieści zginie młody Daniel. Byczy róg dosięgnął go niemal dokładnie pod słupkiem numer sześćdziesiąt dwa. Stamtąd są najlepsze widoki, najlepsze zdjęcia, tam najczęściej giną ludzie, tam w lipcu 2009 roku, kilka dni przed śmiercią Daniela, stała autorka książki.

Kasia pisze swoje hiszpańskie reportaże, jak na hiszpańskie fiesty przystało, odważnie i z pasją. Jak się zapewne domyślacie, nie tworzy relacji z miejsca wydarzeń, przewodnika, antropologicznego studium, tylko literaturę. Jest uważnym obserwatorem, wrażliwym na szczegół, smak, zapach, kolor, ledwo dostrzegalne grymasy twarzy, przelotne, ale wiele mówiące spojrzenia, trudne do uchwycenia i nazwania emocje, nastroje. Nic nie jest nijakie, wszystko ma imię, wszystko żyje, porusza się, kłębi, drga…Wszystko jest realne (choć czasem trudno w to uwierzyć): opustoszałe miasteczka, złota Madonna Macarena, bębny, byki i święty blok w Kartagenie, nawet bitwa na owocowe landrynki. Ale ten materialny, namacalny świat oplatany jest jakąś baśniową, oniryczną pajęczyną. Bo obserwowanie fiest miało w sobie coś z przyglądania się na jawie cudzym snom. Dziwne ceremonie, ścisk ciał, krzyki, łzy, pot, krew…sacrum?

Za Pirenejami leży cały kontynent. Nie tylko Barcelona i Madryt, słoneczne plaże i stadiony piłki nożnej. Kontynent skryty, nieznany, skupisko krain z ich własną historią, językami i tradycją – potrzeba lat, żeby to odkopać…Na tym nieznanym kontynencie żyją weseli i piękni ludzie o oliwkowej skórze. Kochają sjestę i fiestę. Uciekają przed bykami, obrzucają się pomidorami, podpalają gigantyczne rzeźby i na ogromnych platformach taszczą przez miasta ważące tonę figury Chrystusów i Najświętszych Panienek. To w Pampelunie, Walencji, Buñol, Sewilli.  A jeszcze w XX wieku, w parafii San Verisimo de Espiñeiros, w Allariz, odprawiano mszę za duszę wilkołaka każdego 29 lutego, to znaczy każdego roku przestępnego, aż do czasu wojny domowej, kiedy tradycja ta zanikła. 

Katarzyna Kobylarczyk, Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne, 2013

Kasia ma dla Was dwa egzemplarze książki „Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty”. Co zrobić, aby je zdobyć? Napiszcie poniżej w komentarzu albo na Facebooku coś o hiszpańskich fiestach, np. o tych, w których uczestniczyliście, o tych, które chcielibyście przeżyć, co myślicie o hiszpańskim świętowaniu…Autorzy dwóch najciekawszych tekstów dostaną książki z autografem autorki! Czekam na Wasze komentarze do piątku do godz. 20.

 

4 odpowiedzi do “Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty. Hiszpania nieznana.”

  1. Bardzo bym chciała tę książkę! 🙂 Co do fiesty… Czytając ten tekst zamarzyło mi się prawdziwe flamenco. Zobaczyć doświadczoną tancerkę, która oddała się tańcu – to musi być coś. Pasja to piękna rzecz i marzy mi się uczestniczyć w pokazie, w którym czułabym pasję, spełnienie, miłość i błogą radość… Po prostu zapomnieć o rzeczywistości i przenieść się w inny świat.

  2. Najbardziej chciałabym kiedyś wziąć udział w Fallas de Valencia (Święto ognia ku czci św. Józefa). Jest to święto inne niż wszystkie, jak na razie pokazy oglądam jedynie przez internet ( http://www.youtube.com/watch?v=0JoMTcmkVF8 ) , ale nawet w ten sposób robią ogromne wrażenie. Kartonowe kukły (ninots) przypominające różne osoby publiczne, wykonane z tektury przez artystów, płoną co roku w nocy z 19 na 20 marca. Jednak tą główną atrakcję, poprzedza pokaz, oraz wybór najładniejszej fallery, który odbywa się 16 marca, a przygotowania do całej imprezy rozpoczynają się wraz z pierwszym dniem marca. Zaraz po głosowaniu odbywa się „cabalgata”, czyli przemarsz przez miasto lokalnych orkiestr. Początki tego dziwnego święta obchodzonego w Walencji sięgają XVI w., kiedy to Św. Józefa czczono właśnie paląc kukły zrobione z resztek drewna.

  3. Odczułam to samo czytając ten reportaż. Autorka niesamowicie oddała wszystkie emocje. Poczułam się tak, jakbym tam była. I teraz jeszcze bardziej mnie korci, by odwiedzić Hiszpanię, ale właśnie tę nieznaną, dziką, nie znającą tłumów turystów.
    Cóż. Do konkursu nie będę przystępować, bo już mam egzemplarz książki. Aczkolwiek autograf autorki jest korcącą propozycją 🙂 Polecam wszystkim. Naprawdę warto. A o konkursie zamieszę też informację na swoim blogu.

    Pozdrawiam

  4. Fiesta najlepsza jest w hiszpańskich krainach nieoczywistych. Tam, gdzie jest mieszanina kultur, stylów architektonicznych, stylów muzycznych, kuchni, czyli w Andaluzji. Cudowna kraina fiesty, kolebka flamenco. Przez wiele lat pod panowaniem arabskim, stąd urokowi fiest dodaje cudowne zróżnicowanie architektury. W takim tle naprawdę fiesty udają się bardziej. W Sevilli by przeżyć prawdziwą balangę trzeba odejść od głównych miejsc, takich jak Avenida de la Constitucion, Paseo de Colon czy Calle del Betis, oddalić się od lokali nastawionych na turystów, a odnaleźć te w których króluje autentyczny nastrój południa Europy, czasem mieszający się z północą Afryki. Warto udać się na Calle Levies, Calle Castellar, wejść wgłąb Triany. Małe, fantastyczne lokale, wielkie cudowne imprezy, zaczynające się pokazami flamenco, a potem ciągnące się do rana. Tańce i rozmowy, rozmowy i tańce. Warto w Hiszpańskich miastach zboczyć z utartych turystycznych szlaków, a w Sevilli… przecież: quien no ha visto Sevilla, no ha visto maravilla!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *